Są takie rośliny, o których czytasz że mogą sprawić kłopot bo kapryśne i trudne w uprawie albo mogą przemarzać lub też zbyt ekspansywne. Cóż to dla nas, przecież damy radę. Kupujesz taką roślinkę i potem wszystko co napisane się sprawdza. Ja oczywiście też ulegam takim chciejstwom. Kapryśna u mnie goryczka bezłodygowa, która bardziej wegetuje niż rośnie. Na zimę muszę opatulić fuksję i mam nadzieję, że przeżyje.
Mam też tułacza pstrego. To bardzo ładna, ale i ekspansywna roślina.
Zupełnie tym niezrażona kupiłam ją. Odcięłam dno od dużej donicy i w takiej osłonce wsadziłam do ziemi zadowolona z siebie, że tak sobie sprytnie poradziłam. Już się domyślacie zapewne, że taka osłonka dla tułacza to żaden problem. Mój egzemplarz jak przystało na przedstawiciela gatunku zaczął wędrówkę. Postanowiłam szybko to przerwać i dziś właśnie chwyciłam za łopatę. I taki oto widok zobaczyłam, po wykopaniu rośliny:
Czy te korzenie nie są imponujące? Obawiam się, że zobaczę tułającego się tułacza jeszcze nie raz.
poniedziałek, 22 sierpnia 2016
niedziela, 21 sierpnia 2016
Wiosenny jesienny powojnik
Wróciłam do domu, po krótkim wakacyjnym wyjeździe. Wracając zaliczyłam wypadek samochodowy (nie ja byłam sprawcą, ale niestety byłam uczestnikiem). Na szczęście nic nikomu się niestało, choć moje autko dokonało żywota. Po takim wydarzeniu jeszcze bardziej docenia się spokojne, leniwe chwile w ogrodzie. A w ogrodzie czekała na mnie miła niespodzianka.
Zakwitł powojnik 'Jackmanii' i na to liczyłam, bo ta odmiana kwitnie na pędach tegorocznych w okresie od końca czerwca do października. To co prawda tylko pojedynczy kwiat, ale też moja sadzonka była marniutka - ostatnia roślinka z dostawy.
Natomiast zupełnie zaskoczył mnie powojnik 'Cecile'. Powojnik ten kwitnie na pędach zeszłorocznych, więc kwitnąć nie powinien bo w zeszłym roku tych pędów jeszcze nie było! Poza tym jego pora kwitnięcia do kwiecień-maj, a teraz przecież sierpień. Jeden kwiat już przekwitł, ale szykują się 2 następne. Ot miły wybryk natury.
Zakwitł powojnik 'Jackmanii' i na to liczyłam, bo ta odmiana kwitnie na pędach tegorocznych w okresie od końca czerwca do października. To co prawda tylko pojedynczy kwiat, ale też moja sadzonka była marniutka - ostatnia roślinka z dostawy.
Natomiast zupełnie zaskoczył mnie powojnik 'Cecile'. Powojnik ten kwitnie na pędach zeszłorocznych, więc kwitnąć nie powinien bo w zeszłym roku tych pędów jeszcze nie było! Poza tym jego pora kwitnięcia do kwiecień-maj, a teraz przecież sierpień. Jeden kwiat już przekwitł, ale szykują się 2 następne. Ot miły wybryk natury.
środa, 3 sierpnia 2016
Wojna trwa - 3 runda
Rozpoznanie wroga: Opuchlak (Otiorhynchus) - owad z rzędu chrząszczy czyniący znaczne szkody w ogrodnictwie, rolnictwie i leśnictwie. Dorosłe owady żywią się liśćmi wyżerając charakterystyczne zatoki w blaszce liściowej, larwy natomiast wyżerają korzenie.
Miejsce wojny: mój ogródek (niestety), ogródki sąsiadów i cały nasz ogród osiedlowy
Runda 1 (sezon 2014)
W pierwszej rundzie zasosowałam naturalne preparaty roślinne czyli wywar z wrotyczu. Na mojej kuchence pykała w starym białym garnku brunatna maź woniejąca ziołowo, potem przecedzałam tę breję przez gazę, rozlewałam w butelki by na końcu systematycznie rozcieńczać, opryskiwać i podlewać.
Efekt niestety okazał się mizerny. Chociaż rośliny przetrwały i żadna z nich nie straciła swoich korzeni, to opuchlaków w następnym roku było zatrzęsienie. Trudno ocenić czy wrotyczowe wywary nie działały czy też siła rażenia przeciwnika była tak duża. Skutków ubocznych na szczęście nie było.
Runda 2 (sezon 2015)
Tym razem na początku zastosowałam chemię (oprysk środkami owadobójczymi), pod koniec lata broń biologiczną (zakupione larwy nicieni zostały zaaplikowane do gruntu w moich ogródkach, a pozostała resztka również pod żywopłot osiedlowy przy ogrodzeniu zaogródka), a późną jesienią dodatkowo podlałam ogródek wrotyczem.
Efekt: sytuacja w zaogródku znacznie się poprawiła, co nie znaczy że nie ma opuchlaków. Są, ale raczej pojedyncze sztuki. Natomiast w przedogródku zmasowany atak opuchlaków trwa, choć i tu jest ich jakby mniej. Przynajmniej nie łażą po oknach i ścianach. Skutki uboczne niestety też były. Na niektórych roślinach pojawiła się guzowatość korzeni i mam podejrzenie, że nicienie się do tego przyczyniły.
Runda 3 (sezon 2016)
Postanowiłam działać globalnie. Ograniczenie się do mojego ogródka nic nie pomoże, bo te cholery napływają z zewnątrz. Na początek podobnie jak w zeszłym roku zastosowałam opryski środkiem owadobójczym. Obecnie jestem na etapie usuwania szkodników w sposób mechaniczny. Kilka razy w tygodniu wychodzę wieczorem na łowy z białą płachtą. Rozkładam ją pod krzakami i trzącham, a opuchlaki jak ulęgałki na nią spadają. Obchodzę tak wszystkie krzaki z żywopłotu wzdłuż ogrodzenia zaogródka i przedogródka. Przy okazji mogę poczynić obserwacje socjologiczne. Ewidentnie moje zachowanie intryguje sąsiadów, ale wszyscy patrzą, pukają się w czoło, a nikt nie zapyta.
Metoda strząsania bardzo się sprawdza, bo opuchlaki w przypadku niebezpieczeństwa udają martwe i spadają prosto na moją płachtę. W ten sposób w ciągu jednych łowów jestem w stanie zebrać więcej chrzaszczy niż w zeszłym roku przez tydzień (choć było ich zatrzęsienie).
Myślę, żeby pod koniec sierpnia jednak zakupić jeszcze raz nicienie, ale tym razem potraktuję nimi właśnie sąsiadujące rabaty osiedlowe. Mój ogródek zleję za to porządnie wrotyczem.
Miejsce wojny: mój ogródek (niestety), ogródki sąsiadów i cały nasz ogród osiedlowy
Runda 1 (sezon 2014)
W pierwszej rundzie zasosowałam naturalne preparaty roślinne czyli wywar z wrotyczu. Na mojej kuchence pykała w starym białym garnku brunatna maź woniejąca ziołowo, potem przecedzałam tę breję przez gazę, rozlewałam w butelki by na końcu systematycznie rozcieńczać, opryskiwać i podlewać.
Efekt niestety okazał się mizerny. Chociaż rośliny przetrwały i żadna z nich nie straciła swoich korzeni, to opuchlaków w następnym roku było zatrzęsienie. Trudno ocenić czy wrotyczowe wywary nie działały czy też siła rażenia przeciwnika była tak duża. Skutków ubocznych na szczęście nie było.
Runda 2 (sezon 2015)
Tym razem na początku zastosowałam chemię (oprysk środkami owadobójczymi), pod koniec lata broń biologiczną (zakupione larwy nicieni zostały zaaplikowane do gruntu w moich ogródkach, a pozostała resztka również pod żywopłot osiedlowy przy ogrodzeniu zaogródka), a późną jesienią dodatkowo podlałam ogródek wrotyczem.
Efekt: sytuacja w zaogródku znacznie się poprawiła, co nie znaczy że nie ma opuchlaków. Są, ale raczej pojedyncze sztuki. Natomiast w przedogródku zmasowany atak opuchlaków trwa, choć i tu jest ich jakby mniej. Przynajmniej nie łażą po oknach i ścianach. Skutki uboczne niestety też były. Na niektórych roślinach pojawiła się guzowatość korzeni i mam podejrzenie, że nicienie się do tego przyczyniły.
Runda 3 (sezon 2016)
Postanowiłam działać globalnie. Ograniczenie się do mojego ogródka nic nie pomoże, bo te cholery napływają z zewnątrz. Na początek podobnie jak w zeszłym roku zastosowałam opryski środkiem owadobójczym. Obecnie jestem na etapie usuwania szkodników w sposób mechaniczny. Kilka razy w tygodniu wychodzę wieczorem na łowy z białą płachtą. Rozkładam ją pod krzakami i trzącham, a opuchlaki jak ulęgałki na nią spadają. Obchodzę tak wszystkie krzaki z żywopłotu wzdłuż ogrodzenia zaogródka i przedogródka. Przy okazji mogę poczynić obserwacje socjologiczne. Ewidentnie moje zachowanie intryguje sąsiadów, ale wszyscy patrzą, pukają się w czoło, a nikt nie zapyta.
Metoda strząsania bardzo się sprawdza, bo opuchlaki w przypadku niebezpieczeństwa udają martwe i spadają prosto na moją płachtę. W ten sposób w ciągu jednych łowów jestem w stanie zebrać więcej chrzaszczy niż w zeszłym roku przez tydzień (choć było ich zatrzęsienie).
Myślę, żeby pod koniec sierpnia jednak zakupić jeszcze raz nicienie, ale tym razem potraktuję nimi właśnie sąsiadujące rabaty osiedlowe. Mój ogródek zleję za to porządnie wrotyczem.
![]() |
| Przyłapane opuchlaki, zgadnijcie co robią ? Oczywiście rozmnażają się! |
![]() |
| Wygryziona irga z żywopłotu przy moim ogródku |
sobota, 30 lipca 2016
Eksperyment nr 1 - Madame Magellańska
Ta fuksja „chodziła”
za mną już od dawna. Fuksje zachwycają mnie niezmiennie odkąd pierwszy raz zobaczyłam je u cioci Krysi. Nie mam jednak sił do roślin, które trzeba na zimę
przenosić do budynku. Nie mam też za bardzo miejsca, gdzie takie
rośliny przechowywać. Więc gdy odkryłam, że są fuksje
magellańskie podobno zimujące zdecydowałam się na zakup.
Najbardziej popularna i dostępna odmiana Riccartoni nie spodobała
mi się. Wybór padł na fuksję magellańską alba. To było na
wiosnę 2015r. Tę odmianę znalazłam jedynie w sklepie
internetowym, który mi już podpadł przysyłając bardzo marnej
jakości rośliny więc zrezygnowałam. W końcu przypadkiem w
listopadzie znalazłam w ofercie odmianę Madame Cornelissen i od
razu się w niej zakochałam. Nawet długo się nie zastanawiałam i
w listopadzie fuksja do mnie dojechała. Bałam się jednak wysadzać
ją tak późno. Pierwsze zimowanie więc odbyło się w doniczce na
klatce schodowej.
W marcu fuksja została przycięta i pod koniec
miesiąca zaczęłam ją hartować. W końcu w kwietniu powędrowała
do ogródka. Rosła tam sobie cichutko w kąciku prawie niezauważona. Przyćmiły ją kwitnące róże, a potem liliowce. Róża i liliowce przekwitły, a wówczas pokazała na co ją stać.
Jeszcze przed nią największe wyzwanie - przetrwać zimę.
środa, 20 lipca 2016
Julia i ja
Ciekawe czy ktoś jeszcze pamięta piosenkę Zdzisławy Sośnickiej "Julia i ja". Jakoś nie jestem fanką Zdzisławy Sośnickiej, ale gdzieś tam w zakamarkach dzieciństwa ta piosenka drzemała i przyszła mi na myśl od razu, gdy postanowiłam napisać o mojej znajomości z Julią.
Nawiasem mówiąc właśnie dzisiaj przeczytałam o czym naprawdę jest ta piosenka: o planecie wróżek-wampirzyc, które przez całą noc szykują cuda na kolejny dzień, a zapłatą jest kropelka krwi.
Wracając do tematu. Poznałam Julię około 2,5 roku temu.
Umowa na zakup nowego mieszkania z upragnionym ogródkiem była już podpisana, podpisana była też umowa z bankiem na niebotycznie wysoki kredyt i czym prędzej musiałam sprzedać stare lokum. Co prawda z oddaniem mieszkania był lekki poślizg, ale i tak miało to wkrótce nastąpić więc czas przeprowadzki był już bliski. Bywało, że jednego dnia przychodziło kilku potencjalnych kupców. W taki właśnie zimowy dzień przyszła Julia. Sympatyczna dziewczyna, pooglądała, podopytywała i w końcu wyznała, że najbardziej to ona by chciała mieć mieszkanie z ogródkiem. Nadstawiłam ucha, toż przecież takie mieszkanie kupowałam. Wtedy Julia zaczęła narzekać na developera, bo okazało się że mieszkanie już kupiła, ale budowa się przeciąga. Ponadto chciała zamienić na dostępne mieszkanie w tej samej inwestycji, ale z większym ogródkiem i developer nie chce się zgodzić. Ma już dość utarczek z nim i zastanawia się czy nie rozwiązać umowy ze względu na opóźnienie i nie kupić innego mieszkania. A może ja przypadkiem słyszałam o takiej nowej inwestycji na Woli?
Oczywiście, słyszałam, bo to było moje osiedle. Uśmiałyśmy się obie, od razu wyciągnęłam plany osiedla, projekty mieszkań, zaczęłyśmy oglądać, porównywać i bardzo miło nam się rozmawiało.
Pół roku później spotkałyśmy się już na Woli. Julii udało się zamienić mieszkanie, ma piękny duży ogródek (2 razy większy niż mój), oba nasze ogródki wychodzą na to samo patio więc przełazimy przez płoty i odwiedzamy się. Oczywiście gadamy o ogródkach, wymieniamy sadzonkami, wspólnie walczymy z opuchlakami. Czasem po prostu machamy sobie z daleka. Zauważyłyśmy, że zawsze nam się bardziej podoba ogródek tej drugiej:)
Julia ma możliwość podziwiać swoje rośliny z poziomu "0". Taki piękny widok na ogród Julii mają Ci, którzy do garażu podziemnego schodzą piechotą i wcale nie muszą za ten cudny widok płacić kropelką krwi.
Nawiasem mówiąc właśnie dzisiaj przeczytałam o czym naprawdę jest ta piosenka: o planecie wróżek-wampirzyc, które przez całą noc szykują cuda na kolejny dzień, a zapłatą jest kropelka krwi.
Wracając do tematu. Poznałam Julię około 2,5 roku temu.
Umowa na zakup nowego mieszkania z upragnionym ogródkiem była już podpisana, podpisana była też umowa z bankiem na niebotycznie wysoki kredyt i czym prędzej musiałam sprzedać stare lokum. Co prawda z oddaniem mieszkania był lekki poślizg, ale i tak miało to wkrótce nastąpić więc czas przeprowadzki był już bliski. Bywało, że jednego dnia przychodziło kilku potencjalnych kupców. W taki właśnie zimowy dzień przyszła Julia. Sympatyczna dziewczyna, pooglądała, podopytywała i w końcu wyznała, że najbardziej to ona by chciała mieć mieszkanie z ogródkiem. Nadstawiłam ucha, toż przecież takie mieszkanie kupowałam. Wtedy Julia zaczęła narzekać na developera, bo okazało się że mieszkanie już kupiła, ale budowa się przeciąga. Ponadto chciała zamienić na dostępne mieszkanie w tej samej inwestycji, ale z większym ogródkiem i developer nie chce się zgodzić. Ma już dość utarczek z nim i zastanawia się czy nie rozwiązać umowy ze względu na opóźnienie i nie kupić innego mieszkania. A może ja przypadkiem słyszałam o takiej nowej inwestycji na Woli?
Oczywiście, słyszałam, bo to było moje osiedle. Uśmiałyśmy się obie, od razu wyciągnęłam plany osiedla, projekty mieszkań, zaczęłyśmy oglądać, porównywać i bardzo miło nam się rozmawiało.
Pół roku później spotkałyśmy się już na Woli. Julii udało się zamienić mieszkanie, ma piękny duży ogródek (2 razy większy niż mój), oba nasze ogródki wychodzą na to samo patio więc przełazimy przez płoty i odwiedzamy się. Oczywiście gadamy o ogródkach, wymieniamy sadzonkami, wspólnie walczymy z opuchlakami. Czasem po prostu machamy sobie z daleka. Zauważyłyśmy, że zawsze nam się bardziej podoba ogródek tej drugiej:)
Julia ma możliwość podziwiać swoje rośliny z poziomu "0". Taki piękny widok na ogród Julii mają Ci, którzy do garażu podziemnego schodzą piechotą i wcale nie muszą za ten cudny widok płacić kropelką krwi.
sobota, 16 lipca 2016
Pachnidła
Powoli przemija czas zapachów ogrodowych.
Najintensywniej pachniał wiciokrzew pomorski. Jego słodkim zapachem można się bylo wieczorami wręcz upajać, a burza różowo-kremowych kwiatków była niezwykle dekoracyjna.
I oczywiście moja zapaszysta róża westerland. Pan ogrodnik nie mógł przeboleć, że nie zbieram płatków na różaną, pachnącą nalewkę.
Dziś chodziłam po ogródku i szukałam zapachów: wiciokrzewy i róża przekwitły, moje kwitnące teraz funkie niestety nie pachną i nie pachną też hortensje. Na szczęście są jeszcze liliowce :)
Najintensywniej pachniał wiciokrzew pomorski. Jego słodkim zapachem można się bylo wieczorami wręcz upajać, a burza różowo-kremowych kwiatków była niezwykle dekoracyjna.
Dużo subtelniej pachniał wiciokrzew japoński auroreticulata. Zapach był delikatny, orzeźwiający o lekkiej cytrusowej nucie. Ten wiciokrzew zakwitł mi w tym roku pierwszy raz, kwiatków nie było wiele i były tak niepozorne, że prawie nie było ich widać na tle jasnozielonych żyłkowanych liści. Ale to ten właśnie zapach urzekł mnie najbardziej.
I oczywiście moja zapaszysta róża westerland. Pan ogrodnik nie mógł przeboleć, że nie zbieram płatków na różaną, pachnącą nalewkę.
Dziś chodziłam po ogródku i szukałam zapachów: wiciokrzewy i róża przekwitły, moje kwitnące teraz funkie niestety nie pachną i nie pachną też hortensje. Na szczęście są jeszcze liliowce :)
sobota, 9 lipca 2016
Lipcowo-deszczowo
Uwielbiam lipcowy ogród. Jest taki bujny i kipiący zielenią. Lipiec to fiołkowe dzwonki funkii, wyraziste rozwary, pełne kiście granatowiejących borówek. I trawa najbardziej zielona jaka może być.
Uwielbiam deszczowy ogród. Jest taki czysty, błyszczący i świeży. Znika pył dni poprzednich i jest sama soczystość roślin.
I już, lipcowa burza minęła, znów błękit nieba.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


















